„lasku choćby jednego słonecznego promienia. Ubrałem się ukradkiem — któreż dziecko ciemności pragnęłoby usłyszeć wesołe głosy swojej rodziny — i złapałem wczesny pociąg do miasta. Mój wyczyszczony gabardinowy garnitur miał wzbudzać zaufanie do mnie, a w rzeczywistości byłem nędznikiem, którego kroki mylnie poczytano za szelest wiatru. Zajrzałem do gazety. W Bronks zrabowano trzydzieści tysięcy dolarów przeznaczonych na wypłatę pensji. W White Plains pewna dostojna dama, wróciwszy z przyjęcia do domu, przekonała się, że w czasie jej nieobecności obrabowano ją ze wszystkich futer i klejnotów. Ze składu w Brooklynie skradziono lekarstwa za sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Myśl, że w gruncie rzeczy dopuściłem się bardzo pospolitego czynu, przyniosła mi pewną ulgę. Bardzo jednak niewielką i na krótką metę. Po chwili ponownie uprzytomniłem sobie, że jestem pospolitym złodziejem i oszustem i że dopuściłem się czynu, który godzien był najsurowszego napiętnowania i uwłaczał zasadom wszelkich religii. Dokonałem kradzieży, a co gorsza, wszedłem jak rabuś do domu przyjaciela, łamiąc wszelkie niepisane prawa normujące współżycie społeczne. Sumienie zaczęło mnie dręczyć od nowa — kłuło mnie niby ostry dziób jakiegoś drapieżnego ptaka, aż w końcu w lewym oku zacząłem odczuwać drgawki i powtórnie bliski byłem nerwowego załamania. Gdy pociąg dotarł do miasta, natychmiast udałem się do banku. Wy“(14)
Świat według Ludwiczka |precel |katalog